niedziela, 20 stycznia 2013

[Ara~ fik] Watashi no Koi 03


TYTUŁ: Watashi no Koi [Moja miłość]
AUTOR: [Ara~]
PAIRING: Ohmiya (Ohno Satoshi x Ninomiya Kazunari) [Arashi]
GATUNEK: YAOI, Romans, Dramat, Komedia
KATEGORIA: 15+

        Ohno Satoshi siedział na swojej ulubionej ławce w parku położonym w pobliżu pracowni. Lubił obserwować z tego miejsca często niczego nieświadomych ludzi. Zapamiętywał ich twarze i pojawiające się na nich emocje. Czasami próbował od razu przelać swoje obserwacje na papier zawsze znajdującego się w torbie szkicownika. Zeszyt pełen był twarzy i sylwetek ”znajomych z widzenia”.
        Ohno wyciągnął z torby szkicownik. Niemal z namaszczeniem pogładził jego podniszczoną już w kilku miejscach okładkę. Otworzył zeszyt na chybił trafił. Obrazek przedstawiał starszego pana karmiącego gołębie. Młody mężczyzna spojrzał na datę po czym błyskawicznie zamknął szkicownik i schował go z powrotem do torby. Westchnął zrezygnowany wyciągając nogi przed siebie.
        Było źle. Satoshi nie stworzył niczego wartościowego już od ponad sześciu miesięcy, a od ponad trzech tygodni nie brał nawet ołówka do ręki.
        Po ostatniej wystawie, która okazała się niebywałym sukcesem (kilka obrazów zostało nawet sprzedanych za granicę) Ohno myślał, że jego niemoc twórcza to tylko następstwo zmęczenia. Po zakończeniu wystawy wziął więc długi urlop i wypłynął w morze. Całkowicie wypoczęty i odświeżony powrócił do wielkiego miasta. Pragnął malować, jednak wszystko co wyszło spod jego ręki od razu trafiało do kosza.
        „Ktoś kogo krytycy nazwali nowym przełomem w japońskiej sztuce nie mógł zgasnąć tak szybko. Ohno-san masz dopiero 26 lat, najlepsze prace dopiero przed tobą!” – powtarzał przez ostatnie tygodnie niczym mantrę Sakurai Sho, jego menedżer. Ohno chciał mu wierzyć, ale im bardziej chciał, tym wyraźniej dochodziło do niego, że to niemożliwe. Słyszał o pisarzach, którzy po wydaniu jednej dobrej książki nie byli w stanie napisać niczego więcej i z młodych, dobrze zapowiadających się autorów stawali się, zbyt często, kolejną liczbą w statystykach samobójstw. Podobne przypadki zdarzały się również wśród malarzy.
        Satoshi był niemal pogodzony ze swoją sytuacją. Już nawet zaczął rozglądać się za jakąś pracą na kutrze rybackim. Mógł wyjechać z miasta i zerwać ze sztuką raz na zawsze, ale nie mógł być egoistą. Rodzice wydali na jego rozwój artystyczny niemało pieniędzy, których on nie zdołał im oddać nawet w jednej trzeciej. Od jego dalszej pracy zależała również praca Sho. Sakurai był nie tylko menedżerem, ale przede wszystkim przyjacielem. Pomógł mu przyzwyczaić się do Tokio, pamiętał za niego o spotkaniach i terminach, pilnował wszystkich zamówień i w razie potrzeby potrafił tak wszystko odkręcić, że dostawali jeszcze zniżkę na kolejne puszki farb czy glinę. Sho był niewiele młodszy od Satoshiego jednak miał w sobie więcej życiowego obycia i mądrości niż niejeden znany malarzowi człowiek.
        Ohno przymknął oczy składając ręce na podbrzuszu. Miał nadzieję, że krótka drzemka na „łonie natury” uspokoi jego rozbiegane myśli. Już zaczął przysypiać kiedy do jego uszu dobiegł śpiew. Mocny, melodyjny głos wbił się w umysł malarza niczym strzała w ciało przestępcy. Ohno uśmiechnął się pod nosem. Słuchał.
        Słuchał tak jak to miał w zwyczaju od kiedy tydzień temu w okolicy jego ulubionej ławki pojawił się ten głos.
        Gdy zabrzmiał po raz pierwszy Satoshi pchany ciekawością poszedł sprawdzić do kogo należy. Dotarł na alejkę w pobliżu placu zabaw. Na jednej z ławek siedział chudy, czarnowłosy chłopak z gitarą. Śpiewał z zamkniętymi oczami tak jakby oddawał swojej pieśni całą duszę i serce. Kiedy skończy spojrzał wprost na Satoshiego. Malarz poczuł jak traci oddech i tonie w głębi bursztynowo-brązowych oczu nieznajomego. Speszony błyskawicznie odwrócił wzrok. Wygrzebał z kieszeni kilka banknotów i umieścił je w kapeluszu leżącym przed muzykiem. Chłopak uśmiechnął się promiennie i skinieniem głowy podziękował za datek. Ohno szybko powrócił na swoją ławkę, jego serce biło jak szalone. To była pierwsza noc kiedy jego umysł był dręczony nie tylko przez niemoc twórczą.
        Piosenka się skończyła. Słychać było pojedyncze brawa. Po krótkiej przerwie w parkowych alejkach znów unosił się głos chłopaka z gitarą. Satoshi wyciągnął przed siebie rękę i zaczął kreślić w powietrzu różne kształty. W głowie malarza powstał niekończący się proces tworzenia i niszczenia. Jedne kształty przechodziły w inne. Kolory mieszały się ze sobą, by po chwili rozbić na kilka zupełnie różnych barw. Nic nie pozostawało stałe na dłużej niż kilka sekund, wszystko trwało w szaleńczym biegu. Wszystko oprócz niezwykłego głosu, który był sercem i przyczyną tych niepohamowanych zmian.
        Nagle zapanowała całkowita ciemność – głos się urwał.
        Ohno otworzył oczy i zaniepokojony rozejrzał się dookoła. Coś było zdecydowanie nie tak. Zarzucił torbę na ramię i kierowany niezrozumiałym dla siebie instynktem ruszył w stronę placu zabaw. Kiedy do jego uszu doleciał głośny trzask przyspieszył.
        Chłopak o bursztynowo-brązowych oczach stał nieruchomo otoczony przez grupkę zdemoralizowanych licealistów. Części rozbitej gitary walały się po ziemi obok nich.
        'I co teraz powiesz cwaniaczku?' – warknął ten z głową do połowy zgoloną na łyso. Chwycił muzyka za bluzę po czym mocno od siebie odepchnął. Chłopak wylądował na ziemi przy salwie śmiechu. Próbował się podnieść jednak licealista z zielonym irokezem mocno przygwoździł go nogą.
        Satoshi zacisnął dłonie w pięści. Nie myśląc zbyt wiele o konsekwencjach rzucił się muzykowi na pomoc.
        'Zostawcie go!' – krzyknął odpychając tego z irokezem. Licealista zachwiał się, ale nie upadł.
        'Czego tu dziadu!' – warknął mierząc Ohno morderczym spojrzeniem.
        'Zostawcie go' – powtórzył malarz stając między napastnikami, a próbującym się zebrać z ziemi chłopakiem. Chuligan o tlenionych blond włosach wybuchnął głośnym, nieprzyjemnym śmiechem. Zaatakował. Satoshi uniknął pierwszego ciosu, na szczęście kiedyś dał się namówić matce na kilka lekcji samoobrony, ale nie zauważył kolejnego napastnika. Czyjaś pięść wylądowała na jego twarzy. Ohno zatoczył się do tyłu. Prawa strona twarzy bolała go niemiłosiernie, z kącika ust zaczęła sączyć się nawet krew. Zareagował za późno i oberwał jeszcze kopniaka w brzuch.
        Kiedy miał spaść na niego kolejny cios usłyszał gwizdek i krzyki. Licealiści spojrzeli po sobie.
        'Jeszcze się policzymy' – warknął ten z irokezem w stronę muzyka po czym dał znak do ucieczki.
        'Zatrzymać się tu policja!' – krzyknął ktoś w stronę chuliganów, ale Ohno nie zwracał już na to uwagi. Przystawiając rękaw bluzy do krwawiącej wargi obserwował muzyka.
        Chłopak siedział nieruchomo na ziemi. Jego duże bursztynowo-brązowe oczy utkwione były w tym, co zostało z gitary. Niepewnie wyciągnął rękę w stronę najbliższego kawałka. Kiedy jego małe palce dotknęły drewna po bladym policzku spłynęły łzy.
        Ohno poczuł jak wszystkie jego ciche i chowane gdzieś w głębi umysłu pragnienia powoli się krystalizują. Zapominając o bólu i chwiejnych nogach przykucnął przed muzykiem. Lekko drżącymi palcami dotknął jego policzka i starł z niego łzy. Bursztynowo-brązowe oczy spojrzały na niego.
Satoshi był już pewny.
        'Chce cię namalować' – powiedział.
***
[Od Ara~] Uff~! Jesteśmy już po pierwszym spotkaniu naszych głównych bohaterów. Od tego momentu nowe rozdziały będą pojawiać się co tydzień. 
               Zapraszam do komentowania! Pozdrawiam i do następnego!!  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz